Jest czwartek 15.12, siedzę w szkole na lekcjach i na niczym nie mogę się skupić.  Powód tego roztargnienia jest bardzo prosty: już za parę godzin ruszamy na kolejne (w moim przypadku już czwarte w tym sezonie) zgrupowanie snowboardowe z najlepszą ekipą pod słońcem. Spotykamy się na parkingu, czekamy na spóźnialskich i wreszcie startujemy. Jedziemy jednym busem w składzie: Tosia, Zosia, Michał, Stasiek, Mikołaj, ja (Ula), którym kieruje trener, opiekun i wychowawca – Olek. Podróż minęła klasycznie. Dużo dobrej muzyki,  żartów,  rozmów, no i oczywiście przystanek na pożywny posiłek w restauracji idealnej dla sportowców (obsługują tam tak szybko, jak my jeździmy na deskach). Im bliżej gór byliśmy,  tym więcej śniegu widzieliśmy za oknem, co bardzo dobrze zwiastowało warunkom na stoku. Na miejsce dojechaliśmy trochę po północy. Każdy dokonał niezbędnej pracy przy sprzęcie, po czym jak najszybciej poszliśmy spać. Jutro wstajemy znacznie wcześniej niż normalnego szkolnego dnia!

IMG_5633

Piątek.  Dzwoni mój budzik, a ja nie wiem co się dzieje. 5:40? No nieźle, a do szkoły wstaję po 7. Na szczęście zaraz przyszła wizja śmigania na deseczce po idealnym sztruksiku, która wyrwała mnie z łóżka i zmotywowała do działania. Obudziłam moje współlokatorki i już po chwili siedzieliśmy w samochodzie i (znowu) czekaliśmy na spóźnialskich.  Po szybkim śniadanku w gospodzie u Michałków pojechaliśmy prosto na stok, gdzie przywitał nas widok, o którym marzyłam od dawna. Zmrożony śnieg, puściutki stok, czego chcieć więcej?  Mimo wczesnej pory (7 rano) i zamarzających palców z uśmiechami na ustach zakładamy buty, wyciągamy sprzęt z busa i lecimy rozstawiać pierwszy slalom specjalny w tym sezonie. Trening był bardzo udany i urozmaicony pięknym wschodem słońca. Niestety szybko dobiegł końca, więc wróciliśmy do domu na jakąś szamkę i chwilę odpoczynku przy filmie. W pensjonacie spotkaliśmy naszych sąsiadów, którzy przyszli zjeść śniadanie i nie chcieli uwierzyć, że my wróciliśmy właśnie ze stoku. Na drugi trening pojechaliśmy na Kotelnicę, gdzie dalej szlifowaliśmy technikę i dobrze się bawiliśmy. Po pysznym obiadku  wróciliśmy do domu i oddaliśmy się grze w activity (kalambury). Drużyna Tosi, Zosi i Michała grała przeciwko Olkowi i mnie. Nieskromnie mówiąc, nie mieli z nami szans. Po rozgrywce jeszcze coś przekąsiliśmy, posmarowaliśmy deski i zebraliśmy się do spania. Jutro znowu trzeba wcześnie wstać!

IMG_5648

W sobotę rano byłam już bardziej gotowa na wczesną pobudkę. Poranne przygotowania przebiegły bez przeszkód, podobnie jak trening. Warunki na stoku znów były pierwszorzędne, co tylko poprawiło nasze i tak już świetne humory. Po drugim śniadaniu zrobiliśmy powtórkę wczorajszej rozrywki. Najpierw rozegraliśmi rewanż we wczorajszych składach (który zakończył się takim samym wynikiem), a następnie kolejną partyjkę w zmienionych drużynach. Potem obiadek, pół godzinki dla słoninki i lecimy na termy. Tam oczywiście nie obyło się bez szaleństw klasycznych dla naszej grupy. Stasiu bił rekordy prędkości na zjeżdżalni, a na basenie zewnętrznym wszyscy obrzucaliśmy i nacieraliśmy się śniegiem. Ja oberwałam chyba od każdego, ale najbardziej odczułam to, jak przy wyjściu z wody Michał wrzucił mi za kostium ogromną śnieżkę, którą musiałam nieść aż do kolejnego basenu panicznie próbując się jej pozbyć (Michał szykuj się na zemstę). Po szaleństwach w wodzie wszyscy byli padnięci i głodni więc od razu po powrocie zjedliśmy tosty jednocześnie analizując filmiki ze stoku. Po kolacji młodsze dzieciaki poszły spać, a starsze oglądały filmy i odpoczywały.

W niedzielę znowu pojawiły się problemy ze wstawaniem. Nie wiem czy to dlatego, że ostatnio nie spałam wystarczająco dużo, czy dlatego, że już dzisiaj wyjeżdżamy, a ja chciałabym jak najbardziej tego uniknąć. Na szczęście nie miałam czasu na takie rozkminy – trzeba się zbierać na stok! Tak więc ostatni raz na tym wyjedzie budzę dziewczyny i wciskamy się w snowboardowe ciuszki, żeby zaraz po śniadaniu móc śmigać na slalomie. Trening jak zawsze był udany. Tym razem Olek nie jeździł z nami z powodu wiązania uszkodzonego w sobotę. Na szczęście nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – dzięki temu na facebooku można było oglądać relację na żywo z naszego treningu prowadzoną właśnie przez Olka. Tego dnia wyjątkowo trudno było zejść ze stoku. To był nasz ostatni wspólny trening w tym roku. Bardzo niechętnie wróciliśmy na kwaterę, zjedliśmy coś, spakowaliśmy busa i pożegnaliśmy się z polskimi górami. Trzeba wracać do Warszawy. Droga powrotna jak każda inna urozmaicona była tym co zawsze: muzyka, wygłupy i żarty. Na miejsce dotarliśmy koło 19, więc był jeszcze czas, żeby przygotować się do szkoły na jutro. Z ogromnym smutkiem pożegnaliśmy się i rozjechaliśmy do domów.

Dziękuję za poświęcenie paru minut na przeczytanie i zapraszam do śledzenia naszych poczynań :)

  Ula Mendys

15644336_1152842804784753_1513330137_n