Na Stożek wyruszyliśmy w czwartek po szkole, żeby już w piątek rano stawiać slalom. Po bezpiecznym dojeździe na miejsce na ostatnim odcinku nasze samochody zaskoczyła nagła śnieżna zima, co zakończyło się przyspieszonym kursem zakładania łańcuchów po nocnej przebieżce w górę po łańcuchy i z powrotem w dół do samochodu. Ulokowani w niezbyt ciepłych pokojach (jak się okazało później -ogrzewanymi przez kaloryfery zasilane prawdziwym drewnem opalanym kominkiem) i z uspokajającą myślą o wyciągu 15 metrów od drzwi poszliśmy spać. Rano czekało nas późne jak na nas śniadanie i po chwili grzebania się byliśmy już na górze gotowi do rozstawiania tyczek. Zaskoczyła nas różnica między śniegiem i trasą z lodowca, wylizanym stokiem jak z pod linijki, a stokiem na polskim, prawdziwym grulowatym śniegu. Trening nie trwał bardzo długo ze względu na niską temperaturę -20 stopni która z dnia na dzień miała spadać. Po powrocie oddaliśmy się przyjemności rozmrażania i drzemce, którą ci co dzielniejsi przerwali aby powrócić na stok i szlifować technikę. Po obiedzie niektórzy powrócili do pozycji wyjściowej pod kołderką, a inni oddali się robieniu lekcji i maratonowi filmowemu.. najmłodsi zawodnicy wybrali obie opcje. Następnego dnia rzeczywiście termometr rzeczywiście pokazał niższą niż poprzedniego dnia temperaturę, ale tym razem na stoku nie przywitał nas mrożący wiatr. Trening trwał więc dłużej mimo naszej obsówki czasowej spowodowanej zapewne mieszkaniem na stoku. Trener Bartek podejrzewa jednak zacięcie czasoprzestrzeni. Trening wydawał nam się ciężki i mało owocny ale trudne warunki trzeba poskramiać więc walczyliśmy prawie do południa. Potem czekał nas ciepły obiad, który prawie każdy pochłonął w mgnieniu oka. FullSizeRender (6)Wegetarianie czujący niedosyt witamin wyruszyli jednak na wyprawę do sklepu oddalonego o ponad 10km. Można by to nazwać treningiem kompensacyjnym gdyby nie przypadkowa jazda autostopem. Marsz w zimnie chyba jednak zrobił swoje bo kiedy to piszę co chwila odzywa się kaszelek… Mimo wszystko dzień zakończył się przyjemną dla wszystkich (może poza Meg) drugą częścią maratonu filmowego po nasmarowaniu desek. Następnego dnia na stok znowu trafiliśmy przez wyrwę w czasie, ale mimo rekordowej zimnicy -26 trenowaliśmy na pełnych obrotach. Zmęczenie i długofalowe zmrożenie jednak miało na nas swój wpływ więc pożegnaliśmy się z lodowymi kartofelkami i wyżłobionymi w ubitym śniegu koleinami i spakowaliśmy busa w drogę do domu. Na całe szczęście sprawdzone poprzedniego dnia busy ruszyły i bez większych przeszkód nawet wesoły autobus trenera Olka (zabawiający szalonym tańcem stojących obok nas kierowców) dotarł bezpiecznie do Warszawy w której przywitał nas silny smog. na szczęście już w następny czwartek ruszamy podbijać Jurgów na pierwszej eliminacji Pucharu Polski i będziemy mieli szansę pooddychać czystym górskim powietrzem.

 

Julka Okońska

dav