Poprzednie sezony przyzwyczaiły mnie do tego, że Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży to ostatnie zawody juniorskie w sezonie, a zarazem jedyna okazja do pojeżdżenia crossa i spróbowania swoich sił w bezpośrednim ściganiu się z innymi zawodnikami. Tym większym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że ten sezon jeszcze się nie skończył i w najbliższy weekend jedziemy z kadrą do Dolni Moravy w Czechach na pierwsze (dla większości z nas) zawody FISowskie w życiu. Moja ekscytacja z możliwości startu w takich zawodach i pokazania się na arenie międzynarodowej była ogromna, a był to dopiero początek emocji…
 Ruszyliśmy w piątek rano w składzie: ja, Julka, Zosia, Gabryś i Stasiek, pod przewodnictwem trenera Bartka. Na miejscu spotkać mieliśmy trenerów kadry, a także koleżankę z innego klubu – Maję. Droga minęła nam spokojnie i bezpiecznie, chociaż widoki za oknem dostarczały obaw ze względu na przeważającą ilość kolorów zielonego i brązowego nad białym.  Na miejscu zakwaterowaliśmy się, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać, a trenerzy pojechali na odprawę i potem przygotowali deski na jutrzejsze zawody.
Sobota – pierwszy dzień zawodów. Wstajemy wcześnie (chwilę przed 7), jemy szybkie śniadanko i lecimy na stok zapoznawać się z trasą. Jest dosyć ciepło, ale śniegu na zawody nie zabrakło. Dla mnie tor zbudowany przez Czechów był idealny. Nie za trudny, ale też nie za łatwy. Hopy umożliwiały mi przełamywanie barier w głowie jednocześnie nie grożąc niebezpiecznymi upadkami. Po obejrzeniu trasy i omówieniu poszczególnych elementów z trenerem Mariuszem przyszedł czas na trening. Już na początku wyszło na jaw, że mam pewne problemy z sekcją startową, mianowicie pierwsze przeszkody przejeżdżam na krawędzi zamiast na płaskiej desce co znacząco utrudnia zachowanie równowagi i nabieranie prędkości. Mimo tego po trzech treningowych przejazdach i chwili przerwy staję na starcie bez większych obaw i z nadzieją na dobrą zabawę. Brak przejazdów kwalifikacyjnych na czas sprawił, że nie wiedziałam czego spodziewać się po przeciwniczkach, dlatego nie nastawiałam się jeszcze na wynik. Wyjazd ten traktowałam jako czysto treningowy. Przejazdy na takich zawodach odbywają się w czwórkach. Dwie pierwsze osoby przechodzą dalej, tworzą się następne czwórki i tak aż do dużego finału i walki o miejsca na podium. W naszej kategorii pierwszy przejazd był o wejście do 16. Po starcie i przejechaniu sekcji startowej (niestety nadal na krawędzi – trening był za krótki żebym zdążyła to skorygować) uplasowałam się na drugiej pozycji i tak już dojechałam do mety. Oznaczało to, że w następnym przejeździe walczyć będę o wejście do 8. Niestety moje braki w technice na sekcji startowej sprawiły, że tym razem dojechałam do mety jako trzecia, co zdyskwalifikowało mnie w walce o lepsze miejsca. Po wygraniu loosers’ runu zakończyłam sobotnie zawody na 9. miejscu, co było dla mnie wynikiem zadowalającym, aczkolwiek pozostawiającym niedosyt. Stasiek natomiast nie mógł powiedzieć tak o swoim występie, ponieważ wygrał wszystkie heaty tego dnia i na koniec stanął na najwyższym stopniu podium. Pozostali reprezentanci naszego klubu podobnie jak ja uplasowali się poza pierwszą ósemką.
 Niedziela zaczęła się bardzo podobnie. Pogoda była trochę lepsza, a tor identyczny jak dzień wcześniej. Natomiast przebieg zawodów dla mnie osobiście wyglądał zupełnie inaczej niż poprzedniego dnia. Już na treningu z satysfakcją zauważyłam, że nie powtarzam błędów z wczoraj i sekcję startową przejeżdżam znacznie efektywniej. Z każdym kolejnym przejazdem zakończonym w pierwszej dwójce moja radość i zajawka rosła, podsycana dodatkowo przez uśmiechy i gratulacje od trenerów. I tak awansowałam kolejno z 32 do 16, potem z 16 do 8, a następnie weszłam do dużego finału, w którym miałam walczyć o miejsce na podium. Kiedy szłam na start przed finałowym przejazdem moja ekscytacja sięgała zenitu. Wiedziałam, że ścigać się będę z bardziej doświadczonymi ode mnie zawodniczkami, ale jednocześnie gdzieś tam w środku miałam nadzieję na medal. To co działo się po komendzie startowej pamiętam jak przez mgłę. Na pierwszej bandzie czekał mnie niemały szok – okazało się, że jadę jako druga. Serce przyspieszyło mi jeszcze bardziej, teraz byle do mety! Na każdym kolejnym  elemencie toru byłam maksymalnie skupiona, żeby za wszelką cenę uniknąć jakiegokolwiek błędu, który mógłby kosztować mnie miejsce na podium. Tuż przed ostatnią przeszkodą wyprzedziła mnie jedna dziewczyna, ale szczerze mówiąc nie miało to dla mnie wtedy większego znaczenia. Liczyło się dla mnie to, że dojechałam do mety bez gleby i zajęłam miejsce na pudle! Potem była już tylko ogromna radość połączona z szokiem i niedowierzaniem. Wchodząc na podium z polską flagą za plecami czułam dumę z samej siebie i wdzięczność do trenerów za umożliwienie startu w tych zawodach i całe wsparcie otrzymywane od nich zarówno na stoku jak i poza nim. Tego dnia niestety byłam jedyną z Polskich reprezentantów stających na podium. Stasiek, który po wygranej poprzedniego dnia był faworytem do złota, przez nieszczęśliwy, ale na szczęście niegroźny wypadek w finale zajął ostatecznie 4. miejsce.
 Podsumowując ten weekend z mojej perspektywy, był on najbardziej udany w tym sezonie. Pierwsze w życiu starty z licencją FIS i brązowy medal na międzynarodowych zawodach. Ten wynik połączony z przyjemnością z samej jazdy i ścigania się z innymi sprawia, że będę ten wyjazd wspominać bardzo pozytywnie. Mimo tego, że w polskich górach już pachnie wiosną, my mamy zaplanowane w najbliższym czasie jeszcze zawody w austriackim Kühtai, także trzymajcie kciuki!
Pozdrowienia z Białej Szkoły w Zieleńcu przesyła Ula Mendys. :)
Link do oficjalnych wyników FIS tutaj!