Pozwólcie, że zacznę tę relację pytaniem. Co z tym śniegiem? Sezon zaczął się dla naszej sekcji nad wyraz dobrze, bowiem już od września śmigaliśmy na halę, żeby trenować technikę i wyrabiać godziny na białym. Do tego dwa super zgrupowania w Bukowinie Tatrzańskiej, gdzie praktycznie przez całe wyjazdy padał śnieg. I nagle, przychodzi ten nowy rok, co go nazywają dwa tysiące osiemnastym. Termometry pokazują około dziesięciu stopni Celsjusza, koło resztek „białości” kwitną przebiśniegi. Nie tak to powinno wyglądać. Gdyby tak było tylko na Mazowszu, to jeszcze zrozumiem. No ale, jak mamy za tydzień jechać na obóz zimowy z sekcją żeglarską, a na stoku zamiast sztruksu widnieje łąka, to znaczy, że coś jest nie tak. Na szczęście udało nam się na drugi tydzień naszych ferii pojechać na obóz do Wisły, a dokładniej na Stożek. Do tego dochodzą zawody, z reszta przeniesione o dwa tygodnie. Zgadnijcie przez co… Ale nie o tym miał być ten tekst, także zapraszam do przeczytania kilku akapitów pod spodem, jeśli chcecie dowiedzieć się, co robiliśmy na Stożku.

Wyjazd do Wisły zaczął się troszkę inaczej, niż inne. Zbiórkę mieliśmy w niedzielę rano, zamiast w piątek po szkole. Dzięki temu mieliśmy jeszcze szansę tego samego dnia przypiąć deski do nóg i zrobić mały rozjazd. W końcu przez cały tydzień mieliśmy „katować tyczki”. Droga minęła nadzwyczaj szybko (przynajmniej dla mnie) i po chwili zakładaliśmy łańcuchy, żeby pokonać ostatnie parę setek metrów podjazdu na Stożek. Wielkie brawa dla ekipy łańcuchowej! Kto wie, ten wie:) Po rozpakowaniu samochodów młodzież poszła jeszcze na dwie godzinki na stok, akurat przed zapadnięciem zmroku. Reszta dnia minęła bez większych atrakcji, w końcu następnego dnia trening!

Pierwszy dzień treningowy. Śniadanko o ósmej. Ci, co uporali się z jedzeniem trochę szybciej poszli pomagać Bartkowi stawiać giganta. Powiedzmy sobie szczerze. Miewaliśmy więcej śniegu na kręcenie tyczek ale zamiana plastykowego wiertła na metalowe, umożliwiło nam dokręcanie w ziemi, także gigant stanął. Plan na trening tego i następnych dni był podobny. Jeździmy około dwóch godzin, przerwa i wracamy na stok jeżdżąc do obiadu. Po krótkim odpoczynku, jak ktoś miał siłę, to można było do zamknięcia wyciągu jeszcze pośmigać. Wieczorem, oprócz kolacji wszyscy zajęli się raczej „chillowaniem” w pokojach. Aczkolwiek już następne dni były bardziej zróżnicowane. Po kolacji była przeprowadzana wideo-analiza, w której mogliśmy się pośmiać i zobaczyć, co tam zawodnicy wyczyniali na tyczkach. Po oglądaniu filmów z treningów przychodził czas na zadania z matmy, testy na prawo jazdy, naukę włoskiego, czytanie lektur, prowadzenie live’ów ale i na granie w gry planszowe, a dokładniej w Abyss, siedem cudów świata i SmallWorld. Oczywiście, była też parę razy zamówiona pizza, bo przecież jest to nieodzowny element snowboardingu w najczystszej jego postaci!

Mniej więcej tak wyglądały nasze dni, aczkolwiek jednego wieczoru jedna z naszych zawodniczek gorzej się poczuła. Okazało się potem, że w naszej grupie rozpanoszył się wirus i po kolei każdy z nas przeżywał spotkanie z nIM na swój sposób. Generalnie, albo dołem, albo górą:) Niestety zbliżały się zawody, a że nie złapało wszystkich naraz, to niektórzy musieli walczyć z chorobą jeszcze w dniu startowym ale o samym starcie napiszę w następnej relacji.

Niestety trochę późno, bo z tego co pamiętam, to w piątek, albo i czwartek. Okazało się, że za oknami mamy trasę rowerową (downhillową), która jest przykryta śniegiem. Trzeba było ją troszkę wyklepać łopatami ale po wyrobieniu trasy dwa „popołudniowe” treningi przeleciały pod znakiem krzyża. Zabawa była przednia i widać było po minach zawodników, że się świetnie bawią.

Nie wiem jak reszcie ale mi ten wyjazd minął wyjątkowo szybko. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że za szybko ale co poradzić. Wcześniej wspomniane zawody miały się zacząć w poniedziałek, dlatego też ze Stożka wyruszyliśmy w niedzielę po obiedzie i tym sposobem zakończyliśmy nasze zgrupowanie w Wiśle. Ciekawe, czy za rok będzie śnieg?

Poniżej dołączam parę zdjęć i krótki filmik z wyjazdu.

 

 

Aleksander Kosacki